CODZIENNOŚĆ

Izolacja i emigracja – uaktualnienie COVID-19

W ostatnich tygodniach izolacja i emigracja stały się dla mnie wyjątkowo uciążliwe, dając mi nieźle w kość! Po przeczytaniu dość popularnej obecnie książki, autorstwa Christel Petitcollin „Jak mniej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych”, uświadomiłam sobie, że jeżeli zacisnę zęby, to stawię czoła i tej wybuchowej mieszance.

Muszę przyznać, że mimo mojej „nadprzyrodzonej” emocjonalności, podjęłam walkę z dwoma uprzykrzającymi mi życie czynnikami, osiągając pewnego rodzaju sukces! Emigracja to nie beztroski wyjazd za granicę, a w połączeniu z izolacją poza Ojczyzną, może doprowadzić niejedną osobę do zawrotów głowy.

Włoska Droga Krzyżowa

Nawet nie wiecie jak bardzo chciałabym opowiedzieć Wam o tym, jak we Włoszech wyglądają Święta Wielkanocne. Niestety z racji na zaistniałą sytuację, podjęłam decyzję, że nie ma sensu pisać o czymś, co nie będzie nawet w 50% autentyczne.

Minione tygodnie w Italii, można byłoby śmiało porównać do Drogi Krzyżowej, z którą przystało się zmierzyć jej mieszkańcom. Via Crucis odbywająca się w tym roku na pustym placu Św. Piotra, nie była jedynie przepełnioną smutkiem ceremonią, ale odznaczała się też pewną zadumą i troską o lepsze jutro. Jej temat La Prigione – „Więzienie”, wiązał się nie tylko z dramatami biorących w niej udział pątników niosących Krzyż, ale też z tragedią izolacji, z którą ostatnio walczy cała ludzkość.

Przyznam się, że to moja pierwsza Wielkanoc na emigracji i nie ukrywam, że w tych okolicznościach, czuję się tutaj dość nieswojo. Fakt faktem Pasuqa w każdej części świata, odbywać się będzie podobnie – w pewnym odosobnieniu, z nadzieją na powrót do normalności.  

Mój powrót do Polski

Zapytacie na pewno, dlaczego nie wróciłam do rodziny? Przecież mogłam wyjechać stąd wcześniej, kiedy sytuacja nie była jeszcze tak krytyczna, albo wsiąść w samolot #Lodtodomu.

Skoro podjęłam świadomą decyzję o emigracji i mieszkaniu we Włoszech, nie widzę powodu ucieczki stąd, szczególnie w takiej sytuacji. Czy jestem egoistką? Niekoniecznie. Egoistką mogłabym nazwać się w przypadku, w którym zdecydowałabym się na tę, dość powszechną w ostatnich czasach, reemigrację. Niestety każda podróż autobusem, pociągiem, samolotem, a nawet taksówką, związana jest z dość dużym ryzykiem zarażenia się, tak nieprzewidywalnie rozprzestrzeniającym się wirusem Covid-19. Nie chodzi tutaj do końca o moją potencjalną chorobę, ale prawdopodobieństwo zarażenia nią innych, tuż po powrocie, a także o odpowiedzialność za zdrowie i życie bliskich. 

Bynajmniej nie oceniam osób, które zdecydowały się na tego typu ewentualność – może nie miałyby gdzie mieszkać po wakacjach spędzonych we Włoszech, czy też były w stanie przeprowadzić w swoim domu bezpieczną kwarantannę. W moim przypadku byłoby to wręcz niemożliwe, a „siedzenie jak na szpilkach” przez dwa, trzy tygodnie izolacji, mijałoby się z celem i wiązałoby się z niewyobrażalnym stresem.  

Jak Włosi nie radzą sobie z pandemią 

Z tygodnia na tydzień liczba zachorowań we Włoszech rosła w zastraszającym tempie. Obecnie odnotowanych zostało 147 000 zarażonych, a w Polsce dla porównania 6000 przypadków. Wiem, że podawane przez media informacje to tylko cyfry, ale przy tak dużej różnicy, należałoby zdać sobie sprawę z pewnych, istotnych faktów. Włochy to kraj niezwykle często odwiedzany przez turystów z całego świata, a poza tym Mediolan i okolice (ośrodek największej epidemii), to włoska stolica ekonomii. Tym samym to właśnie tutaj występuje największa wymiana osób z różnych zakątków nie tylko Włoch, ale i wszystkich kontynentów. Uważam, że ironiczne stwierdzenia dotyczące przywrócenia lotów, nie powinny dotyczyć jedynie argumentu: „bo ludzie bez latania na wakacje nie wytrzymają”. Uwierzcie mi, że Mediolan to nie tylko miasto beztroskiego lata, zabytków i dobrego jedzenia, ale i epicentrum pełne przepracowanych mieszkańców, którzy dwoją się i troją, aby rozwijać międzynarodowe interesy. 

Na przestrzeni ostatnich tygodni zamykano dosłownie wszystko, włącznie z fabrykami. Na początku sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Anulowano przeważnie tylko zajęcia w przedszkolach, szkołach i uniwersytetach, a młodzież zadowolona z nieplanowanych wakacji tłumnie „uderzyła” do barów, lokali i parków. Wydaje mi się, że to właśnie wtedy popełniono największy błąd…

Trudno w tym wszystkim doszukiwać się winy rządu, czy samych obywateli. Powiem krótko – nie spisał się nikt! Poza tym Włosi uważają, że nie otrzymali konkretnej procedury postępowania przy tego typu ewentualności, którą „przećwiczyli” już wcześniej Chińczycy, nie poczuwający się do obowiązku, poinstruowania nas jak powinniśmy działać.

Największy smutek dopadł mnie w momencie, kiedy dowiedziałam się, że nie ma już miejsc w szpitalach. Medycy mieli trudności z zapanowaniem nad pandemią, poświęcając własne życie i zdrowie dla swoich pacjentów. Cicha walka z niewidzialnym wrogiem to obraz, który nie występuje nawet podczas prawdziwej batalii. Wojskowe ciężarówki wywoziły  ciała do okolicznych krematoriów, a na cmentarzu w Bergamo odprawianych było co pół godziny kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt pogrzebów na dzień. W jednym momencie umarło zbyt dużo ludzi, tych starszych, schorowanych i bezbronnych… Najgorszym w tym wszystkim jest jednak to, że w momencie śmierci, nie było przy nich nikogo… W sytuacji braku możliwości ostatniego pożegnania, niektórzy bliscy prosili nawet służby, aby karawan jadący na cmentarz przejechał pod ich domem…

Jeszcze kilka tygodni temu organizowano wszelkiego rodzaju „spotkania balkonowe” na śpiewanie, granie włoskich piosenek i modlitwy przy świecach. Ponadto wywieszano flagi, robiono plakaty na starych prześcieradłach, z napisami „andrà tutto bene!” i podchodzono do sprawy z ogromną nadzieją. Z biegiem czasu zrezygnowano z tego typu przedsięwzięć, ponieważ ważniejszym był szacunek dla bliskich zmarłych, niż indywidualne, dobre samopoczucie.

Następnie nastała kompletna cisza, którą przerywają raczej krzyki niż śpiewy mieszkańców. Włosi nie są przyzwyczajeni do dłuższego przebywania w domach, a poza tym ich malutkie mieszkania, nie są do tego kompletnie przystosowane. Ludzie po prostu kotłują się na małych powierzchniach i nie są w stanie ze sobą wytrzymać. 

Poza tym we Włoszech zazwyczaj zapomnieć można o prywatnym ogrodzie, a jeżeli ktoś go posiada, należy traktować to jako niesłychane błogosławieństwo. Żeby zobrazować Wam mniej więcej sytuację, przytoczę tutaj wydarzenia z życia: jedna z moich sąsiadek w napadzie szału, wyrwała drzwi z futryn, a przyszywana babcia prawie podpaliła dom zniczem, który ustawiła zbyt blisko zewnętrznych żaluzji. Mówię Wam tragikomedia! 

Poszukajmy pozytywów 

Myślę jednak, że cała ta koszmarna sytuacja będzie dla nas ogromną lekcją. Zatrzymajmy się i pomyślmy przez chwilę nad sobą, własnym konsumizmem (który obecnie został dość drastycznie ograniczony), nad tym, czy spełniliśmy wystarczająco dużo dobrych uczynków dla swoich bliskich, przyjaciół i osób, które mijamy codziennie na ulicach, a co moglibyśmy naprawić, kiedy to wszystko się już skończy. Poza tym bądźmy wdzięczni za każdy szczegół:

…przede wszystkim za zdrowie,

…za zdaną w terminie maturę,

…za każde spotkanie,

…za podróże – nawet te najmniejsze,

…za Święta spędzone z rodziną,

…za to, że mamy się w co ubrać i co jeść,

…za nasz nawet malutki ogródek,

…a w końcu, bądźmy wdzięczni za WOLNOŚĆ, która w imię wspólnego dobra, została nam odebrana.

Uświadommy sobie, że nie warto odkładać niczego na później. Żyjmy w nadziei, że znowu będziemy mieli możliwość cieszenia się każdą chwilą, tak jak nauczyli mnie tego, uwięzieni i zdołowani krytyczną sytuacją, Włosi. Czasem ten smutny obraz nawet nie mieści mi się w głowie! 

Im bliżej Wielkanocy, sytuacja staje się coraz bardziej klarowna. Wprowadzona przez ostatnie tygodnie kwarantanna, wyraźnie przynosi pozytywne efekty. Tym samym, po raz kolejny proszę Was o to, aby mimo Świąt Wielkanocnych, które w Polsce zazwyczaj spędzane są w rodzinnej atmosferze, ograniczyć jakiekolwiek spotkania towarzyskie, szczególnie z osobami starszymi, czy schorowanymi. Pełna nadziei, że przyszłoroczna Pasqua wyglądać będzie zupełnie inaczej, życzę Wam mimo wszystko pogody ducha i bardzo dużo zdrowia! 

Pozdrawiam ciepło!

Maddalena

Dziękuję Ci za przeczytanie mojego artykułu!

Starałam się włożyć w niego całe moje serce, bo napisałam go z myślą o Tobie!

Jeżeli uważasz, że przydałby się jeszcze komuś innemu, zapraszam do udostępnienia. Będzie mi też miło jeżeli zostawisz swój komentarz tutaj na blogu, lub na Facebooku, na którym znajdziesz jeszcze więcej ciekawych treści!

Do bezpośredniego kontaktu zapraszam Cię przez e mail: wloskiwehikulczasu@gmail.com

Zobacz też

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *