CODZIENNOŚĆ

Plusy i minusy emigracji – czyli jak Włochy zmieniły moje życie

We wrześniu 2020 upłynęły dokładnie 2 lata od momentu, kiedy spakowałam torbę podstawowych rzeczy i wyjechałam do Włoch. Z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że przysłowie ,,Wszędzie dobrze tam gdzie nas nie ma”, to z punktu widzenia emigranta, bardzo trafne powiedzenie.

Życie we Włoszech ma wiele zalet i wad, a sama emigracja ma swoje plusy i minusy. Nie ma złotego środka na idealne życie, bo gdziekolwiek się nie znajdziesz, wszędzie będą jakieś kroki milowe do pokonania. Emigracją możesz sobie to życie z jednej strony odrobinę ułatwić, ale z drugiej też nieco utrudnić.

Z moich dotychczasowych spostrzeżeń wynika, że do emigracji trzeba mieć twardy tyłek, dużą elastyczność, a do tego zdolność do adaptacji, akceptowania różnic kulturowych i wszystkiego co inne, obce. No a przede wszystkim trzeba być prawdziwym logistykiem z krwi i kości, bo pogodzenie ,,starego życia” z ,,nowym”, to nie lada wyzwanie.

I dodam też, że jeśli ktoś kiedyś Cię nie docenił, sam siebie nie doceniłeś, albo nie wierzyłeś we własne możliwości, to emigracja na pewno zrobi to za Ciebie! Bo do tego, trzeba swoją drogą, prawdziwej odwagi…

Felicita… un bicchiere di vino con un panino

,,Szczęście to kieliszek wina z kanapką…” to słowa znanej włoskiej piosenki Felicita zespołu Albano e Romina Power. Jedzenie i jego prostota we Włoszech, na prawdę zadowala! I nie dziwota, że włoska kuchnia zawładnęła całym światem. Najlepsze sery, najlepsze wędliny, najprostsze dania, pyszne wina… Ale tu nie tylko o sam smak chodzi, bo gusta są przecież różne. Włoska kuchnia, to jedna z najzdrowszych na świecie!

I ta sezonowość, dbałość o szczegóły i poszanowanie produktów – bo w tutejszej kuchni nic się nie zmarnuje. Straszliwie mi to odpowiada!

Ekologia i minimalizm

Zauważyłam, że we Włoszech, szczególnie w Lombardii, wyjątkowo dba się o ekologię. Oczywiście zdarzą się i tacy co rzucą śmieciem w krzaki, ale ogólnie trzeba przyznać, że jest to wszystko dość dobrze zorganizowane. Segregacja to podstawa, a jej nieprzestrzeganie grozi konkretnym mandatem.

Konsumpcjonizm we Włoszech ma jakiś totalnie inny wymiar, bo mniej znaczy więcej. Małe mieszkania, mała garderoba, no waste we włoskiej kuchni. A poza tym ile potrzeba do przygotowania najlepszego, a zarazem najprostszego dania. Zaoszczędzony czas, a do tego prąd, gaz, i woda.

Chwytanie chwili

Na emigracji od Włochów nauczyłam się wiele… Życia chwilą, z dnia na dzień, nie zastanawiając się co będzie za miesiąc, rok, dwa, bo przecież nie da się najnormalniej w świecie tego zaplanować. Po co to w ogóle to robić, skoro sami nie wiemy co nas czeka jutro rano.

Bo Włoch woli wyjść na wieże w Pizie nawet gdyby kosztowało to miliony, bo on w tej Pizie jest na chwile, bo on woli wypić kawę z widokiem na fontannę Di Trevi w Rzymie. Dla Włochów liczy się tu i teraz i w sumie to chwytanie chwili, bardzo mi pasuje!

Idealne miejsce dla miłośnika sztuki

No i chyba każdy zgodzi się ze mną, że Włochy to idealne miejsce dla miłośników sztuki. Szczególnie dla emigranta zafiksowanego na punkcie piękna, historii, z poczuciem estetyki… Na wyciągniecie ręki: piękne zabytki, muzea, wystawy, teatry, wydarzenia kulturalne, a tym samym światowa architektura, malarstwo, rzeźba… Czasem to westchnień i zachwytów nie ma końca.

A najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że niezależnie od tego ile lat mieszkałbyś we Włoszech, 5, 50, 100, nie wystarczy Ci życia na zobaczenie wszystkiego. Każdy zakamarek, każdą mieścinkę, która aż „ryczy” pięknem, oryginalnością i unikatowością.

Przyznam też, że region Lombardia to idealna baza wypadowa. Na wyciągnięcie ręki urocza Liguria i do Wenecji też niedaleko, Toskania to tylko kilka godzin drogi i nawet Alpy można stąd podziwiać!

Co się odwlecze to nie uciecze

To ciągłe podejście do życia na luzie, w sumie czasem mnie uspakaja, a czasem potrafi nieźle wkurzyć…

Bo jak chcesz mieć coś na czas…to tego raczej nie dostaniesz. Zapomnij w sumie o tym, że tutaj coś może być na czas! Wieczne spóźnianie się, nieustanne przekładanie. 15, 30, 45 minut zwłoki to norma, do której trzeba po prostu przywyknąć. Spóźniony pracodawca, autobus, facet, koleżanka…każdy no dosłownie każdy! I nie ma to nic wspólnego ze złośliwością rzeczy martwych, ale z typowym, włoskim luzem. Dlatego polecam mieć w torbie zawsze jakąś dobrą książkę, która ten czas oczekiwania nieco skróci.

A z drugiej strony po co się stresować, wiecznie zamartwiać, odliczać, kalkulować, głowić i żyć w przekonaniu, że przecież nie zdążę. Bo prawie każdy Włoch ma na czole wypisane ,,co się odwlecze to nie uciecze” i albo tę regułę sam dobrowolnie przyswoisz, albo zwariujesz!

Bariera językowa

To chyba wieczna zmora każdego, kto bierze pod uwagę wyjazd za granicę. Muszę przyznać, że decydując się na włoskie życie koniecznym jest przyswojenie italiano przynajmniej na poziomie komunikatywnym. Jeśli myślisz, że Twój dobry angielski będzie jakimś rozwiązaniem, to grubo się mylisz! Nie ukrywam jednak, że znajomość dodatkowego języka obcego na pewno ułatwi Ci poszukiwanie pracy. Włosi brzydko mówiąc ,,wyręczą się Tobą” w tej kwestii, bo poligloci to z nich nietędzy.

We Włoszech trudno jest załatwić cokolwiek posługując się językiem angielskim (poczta, apteka, sklep, urząd, szkoła, uniwersytet), te podstawowe sprawy życia codziennego… A bez nich ciężko jakkolwiek funkcjonować, żyjąc nadzieją, że każdy Włoch, czy Włoszka, będą mieli ochotę na porozumiewanie się z Tobą w języku migowym, czy używając łopatologicznych określeń.

Jadąc do Włoch znałam włoski piąte przez dziesiąte, ucząc się go na poziomie podstawowym w trakcie studiów. Nie ukrywam, że ,,dukanie regułek”, nie do końca mnie satysfakcjonowało i nieco męczyło. Bo czy na pewno znajomość piętnastu czasów, byłaby mi na początku mieszkania we Włoszech, koniecznie potrzebna? Najlepiej włoskiego nauczyć się od Włochów, a już idealnie u Włochów. I nie mówię też, że znajomość włoskiej gramatyki jest niepotrzebna. Owszem, im więcej wiemy tym kompetentniej potrafimy się wypowiadać, ale na tamten moment dogadanie się na względnym poziomie z kimkolwiek, było moim głównym celem.

Po próbach wyuczania się w Polsce kolejnych schematów, zapisałam się na kurs włoskiego na jednej z mediolańskich uczelni i od razu odżyłam. Bo w końcu zaczęłam mówić, porozumiewać się nie tylko z Włochami, ale też z ludźmi z całego świata, dla których włoski, tak jak dla mnie, był totalnie obcym językiem.

Następnie trochę jak z ,,kosą na kamień”, po 2 miesiącach intensywnej nauki, zdecydowałam się na zdawanie egzaminów również po włosku. Widząc niezłe zagubienie w oczach profesorów, pytając ich o możliwość zdawania w języku angielskim, stwierdziłam, że ułatwię im życie, utrudniając je samej sobie. I suma sumarum opłaciło się, bo docenili mój gest i nie ukrywam, prawdopodobnie łaskawiej podeszli do mojej wiedzy merytorycznej.

Najlepiej czuję się w samolocie

Prawdą jest fakt, że żyjąc na emigracji mam wrażenie, że nigdy nie jestem u siebie. Najlepiej czuję się w samolocie, który w pewnym sensie, daje mi możliwość przebywania jednocześnie w Polsce i we Włoszech.

Denerwującym jest z kolei fakt, że wracając do Polski, często słyszę hasła tego pokroju: bo ty to jesteś ciągle na wakacjach, bo ciepło, bo słońce, bo piękne widoki i dobre jedzenie… Tak jakby w mojej codzienności wykluczono jakiekolwiek obowiązki. Szara rzeczywistość wygląda jednak wszędzie podobnie, nie zależnie od tego gdzie się znajdujesz i jak żyjesz.

A Włosi? Włosi pytają skąd jestem? Z Rosji, Skandynawii, Niemiec…tylko nie z Polski! Dla wielu z nich Polska nie leży nawet na mapie Europy, no a tym samym nie należy też do krajów Unii. Dlatego ja to w ogóle powinnam mieć permesso di soggiorno, czyli pozwolenie na stały pobyt na terenie Włoch. Nic z tych rzeczy!

A już największym fenomenem jest słuchanie wywodów mediolańskich pań po 60-tce, utożsamiających Polskę z Rumunią. Ani to geograficznie nie trzyma się kupy, ani kulturowo, Polska przecież nawet nie graniczy z Rumunią. Czasem to mam wrażenie, że Włochom przydałaby się konkretna lekcja geografii, bo ciekawe jakby zareagowali, gdybym im powiedziała, że Mediolan leży w Hiszpanii!

Po takich wywodach zaczynasz się zastanawiać skąd ty w końcu jesteś i kim ty w ogóle jesteś…

Wieczne życie na walizkach

Decydując się na emigrację trzeba też liczyć się z tym, że spokoju to Ty nie zaznasz. Zaopatrzyj się w kolejne walizki małe, duże, największe, malutkie torebki…ciągle w podróży… No ale ma to też swoje plusy, bo stajesz się mistrzem pakowania, przepakowywania, organizowania kolejnych przeładowań… No w firmie kurierskiej po takim „szkoleniu” dałoby się robotę załapać.

I pół biedy kiedy podróżujesz w pojedynkę… Nie raz obserwuję i podziwiam polskie kobiety, które na lotnisku z trójką dzieci, walczą o przeprawę z Polski do Włoch, czy z Włoch do Polski. A do tego ich dzieci mówią perfekcyjnie w dwóch językach! I wtedy myślę sobie, że my Polki to mamy jednak łeb!

No i wieczna tęsknota… Będąc ze Włoszech za tymi w Polsce i przebywając w Polsce za tymi we Włoszech… Dramaty lotniskowe i kilkudniowe dochodzenie do siebie po kolejnych rozłąkach, to na początku norma. Wieczne rozerwanie, które w trakcie nabierania coraz większego doświadczenia w tych rozjazdach, staje się coraz bardziej przystępne, ,,zaczyna być połatane”.

Mediolańska mgła i życie w ,,Krainie Zmokłej Kury”

No właśnie: bo słońce, bo ciepło, bo piękne widoki. We Włoszech to nie znaczy na błękitnej lagunie! Może w południowej części kraju życie wygląda nieco inaczej, ale Lombardia to prawdziwa ,,Kraina Zmokłej Kury”. Na przełomie października i listopada nad te tereny nadciąga taka mgła, że nie widać nic na wyciągnięcie ręki. Do tego chłód, a wilgoć jest tak przeszywająca, że kości bolą niemiłosiernie.

Jak Twoje mieszkanie, czy dom, nie ma zbyt dobrze zorganizowanej wentylacji, to nie da się też gotować, ani brać prysznica, bo mgłę to masz potem i na zewnątrz i w domu… Gotowanie i prysznic w Lombardii, wchodzi w grę jedynie przy otwartych oknach, a czasem i drzwiach…

Grzać się też jakoś specjalnie nie da, bo w Mediolanie istnieją specjalne obostrzenia w tej kwestii. Kaloryfery włączyć można dopiero końcem października. Przynajmniej jest ekologicznie….

I najgorsza zmora przy tej całej mgle – nic nie schnie. W Lombardii najlepiej opierz się już we wrześniu, z wszystkiego co potrzebne na zimę. To dlatego wiele włoskich rodzin, szczególnie tych z dziećmi, zaopatrza się w suszarki (czasem w garażach, piwnicach gdziekolwiek!). Najgorzej jak masz swetry z wełny, kaszmiru itp., no bo ich przecież do suszarki nie wsadzisz, więc lepiej sobie wszystko dobrze, z rozwagą zaplanuj. Bo od października do kwietnia, wyschnąć Ci mogą maksymalnie majtki na kaloryferze…

Oj piękna jesień i piękna śmietanka, która miesiącami otula tą część Italii…

Takie te moje przemyślenia…prosto z serca!

Pozdrawiam!

Maddalena

Dziękuję Ci za przeczytanie mojego artykułu!

Starałam się włożyć w niego całe moje serce, bo napisałam go z myślą o Tobie!

Jeżeli uważasz, że przydałby się jeszcze komuś innemu, zapraszam do udostępnienia. Będzie mi też miło jeżeli zostawisz swój komentarz tutaj na blogu, lub na Facebooku, na którym znajdziesz jeszcze więcej ciekawych treści!

Do bezpośredniego kontaktu zapraszam Cię przez e mail: wloskiwehikulczasu@gmail.com

Zobacz też

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *